Matka Bolesna

Jedną z najtrudniejszych tajemnic jest tajemnica cierpienia. Cierpią dobrzy i źli, starzy i młodzi, bogaci i biedni; cierpią wszyscy we wszystkich epokach i kra­jach i każdy ma w swoim życiu chwile, w których pod naporem cierpień, załamany pyta dlaczego i z Chrystusem prosi o oddalenie kielicha. Nie każdy jednak tak jak On dodaje: nie moja, ale Twoja Wola.

Przeciwko cierpieniu buntujemy się, bo stworzeni jesteśmy do radości i szczęścia. Cierpienie jest następst­wem grzechu. Cierpienie może prowadzić do rozpaczy i buntu, do nienawiści i zemsty, ale zaczynione miłością Woli Boga, który nas krzyżuje, może człowieka zapro­wadzić na szczyty świętości. Uczyć się cierpieć i nau­czać tego tych, którzy są nam powierzeni – to wielka sztuka i doniosłe zadanie.

Kto najlepiej nauczy nas tej sztuki, jeśli nie Maryja, ta Królowa Męczenników, która od chwili Zwiastowa­nia widziała całą Golgotę, cały splot cierpień płynących z Jej Bożego macierzyństwa? Na fresku w katedrze or­miańskiej we Lwowie J. H. Rosen pokazał, jak w chwili Zwiastowania przesuwa się przed oczyma rozmodlonej Dziewicy orszak z Ukrzyżowanym. Jej fiat było więc świadomym przyjęciem cierpień związanych z odkupieńczym dziełem Jej Syna. Świadomość tych cierpień spotęgowała się w chwili ofiarowania Dziecka w świą­tyni; słowami Symeona naznaczona została Maryja aureolą bezbrzeżnego bólu. Wtedy też ponowiła swoje fiat, ponawiała je zresztą przez całe życie: w miarę jak pojmowała coraz lepiej ogrom cierpień, jakie czekały Jezusa i Jej macierzyńskie serce, rosło w niej pragnienie współcierpienia i potęgowała się miłość do Zbawcy. Równocześnie jednak coraz bardziej ufała w ostatecz­ny triumf i uwielbienie zmartwychwstałego Chrystusa, a ta ufność dawała Jej siłę i wytrwałość.

Miarą miłości – mówi Święty Franciszek Salezy -jest to, co gotowi jesteśmy wycierpieć dla osoby kocha­nej. Maryja kochała jak nikt i jak nikt cierpiała. Nam cierpienie osładza miłość Boga – u Maryi przeciwnie, ta miłość potęgowała ból, bo Boży Syn był Jej Synem, a ten Syn tak cierpiał. Cierpiała chętnie, bo wiedziała, że to jest Wola Boga; cierpiała dobrze, bo z Jezusem. I dlatego jest nam Mistrzynią i wzorem.

Cierpiała ubóstwo i wygnanie, cierpiała nad grze­chami ludzkimi i nad obrazą Boga, nad niewdzięcznoś­cią ludzi, nad marnowaniem Krwi Chrystusa. Cier­piała nad niezrozumieniem Jezusa przez najbliższych, nad odrzuceniem Mesjasza przez Jej naród, cierpiała nad karami, jakie ściągnie na siebie bogobójcza Jerozo­lima. Cierpiała w czasie Męki Jezusa, cierpiała przy Jego śmierci, cierpiała osierocenie po Jego odejściu i w tęsknocie za Nim czekała chwili wyzwolenia.

Kościół dwukrotnie w ciągu roku obchodzi pa­miątkę cierpień Najświętszej Panny: w piątek po Nie­dzieli Męki Pańskiej i 15-ego września. Kapłan ubrany w biały ornat odmawia w czasie Mszy Świętej przepięk­ną sekwencję Stabat Mater, w którym to hymnie autor opiewa cierpienie Maryi i Jej mężną postawę.

Maryja została pod krzyżem naszą Matką, a więc i wychowawczynią; jest dla nas wzorem. Wychowywa­nie to udział w tajemnicy Odkupienia, to pomaganie Panu Jezusowi w zbawianiu dusz. Wychowawca uczy korzystać z łask wysłużonych na krzyżu, ponadto zaś swoim osobistym cierpieniem i modlitwą może wybłagać dla wychowanka to, czego nie mógł dać słowem i nauką. Wobec opornych, zbuntowanych, cynicznych, zarażonych zmysłowością czy pychą, zwycięża tylko cierpienie i ofiara. Droga wychowawcy, droga rodzi­ców, to droga krzyżowa. Ile razy dzieci nie rozumieją rodziców, jak często płacą niewdzięcznością i pogardą za miłość, jeszcze częściej pozwalają światu zdeptać ziarna zasiane przez matkę czy ojca. Jaki to ból patrzeć na zdeprawowanie tych najdroższych istot… Cóż mają robić? Modlić się, cierpieć i ufać w miłosierdzie Boże i potęgę łaski, potęgę wstawiennictwa Maryi, która już niejednego zbrodniarza skierowała do Boga i z wielu Szawłów zrobiła Pawłów.

Wychowawca cierpi i nad własną nieudolnością, nad fałszywymi pociągnięciami, nad swoją gwałtow­nością i nieopanowaniem, które niszczą dobry wpływ. Te błędy prowadzą do głębokiej pokory i do ufności, że Pan Jezus naprawi zło, że On więcej kocha dzieci niż najczulsza matka.

 

Ale my musimy dzieci nauczyć cierpieć i rozumieć problem cierpienia. Cierpienia dorosłego łatwiej rozu­miemy, biorąc je z punktu ekspiacji, ale cierpienie nie­winnego dziecka? Ale czy Maryja była winna? Cierpie­nie dziecka i człowieka niewinnego dadzą się rozumieć tylko w świetle nauki o Mistycznym Ciele Chrystusa Pana. Cierpimy jako jego członki, jedni za drugich; uzupełniamy to, czego nie dostaje cierpieniom Chrystu­sowym (Kol 1, 24). Kiedy więc cierpienie dotknie dziec­ko, należy mu wytłumaczyć, że tym cierpieniem zdobę­dzie jakąś duszę, odpokutuje za swoje winy. Nie należy się zbytnio rozczulać nad cierpieniami dziecka, bo to może wywołać histeryczne zajęcie się swoim zdrowiem i bólem. Dzieci często lepiej rozumieją tę sprawę niż ich przeczulone matki, a życiorysiki dzieci świątobliwych pouczają, że tajemnica cierpienia bardzo wcześnie staje się jasna dla ich młodych i czystych serduszek.

Cierpienie jest szkołą wielu cnót i także z tego punktu widzenia musimy na nie patrzeć. Ani męstwo, ani pochodna od niego cnota cierpliwości nie rozwiną się bez cierpienia. Cierpliwość wszak to cnota chrześci­jańska, która sprawia, że z równowagą duszy, z miłości ku Bogu i w łączności z Chrystusem znosimy fizyczne i moralne cierpienia.

Cierpliwość, jak każda cnota, wymaga kultury. A więc motywem może być poddanie się Woli Bożej, nadzieja nieba, w którym każda łza będzie nagrodzo­na, rozważanie Męki Pana Jezusa czy to przez czytanie, Drogę Krzyżową, bolesną część Różańca, czy też przez wpatrywanie się w krzyż i naśladowanie cierpień Pana. Również historia męczenników czy życiorysy Świętych pobudzają do naśladowania ich cierpliwości. Najwię­cej jednak daje rozważanie boleści Matki Najświętszej; jest ono bardzo miłe Jezusowi.

Z początku wymagajmy, by wychowanek nie na­rzekał, nie skarżył się, nie buntował, a tym bardziej nie złorzeczył. W miarę ćwiczenia się w cierpliwości i w mia­rę poznawania Zbawiciela dziecko zacznie cierpliwie znosić dolegliwości i przeciwności, żeby się podobać cichemu Barankowi. Na wyższym poziomie łaski moż­na mówić o ekspiacji i pokucie, a że dzieci potrafią to przyjąć, dowodzą pastuszkowie z Fatimy – dzieci, które tak heroicznie pokutowały za grzeszników. Prag­nienie cierpień otrzymamy od Boga w miarę ćwiczenia się w cierpliwości.

W tej dziedzinie popełnia się wiele błędów. Przede wszystkim boimy się panicznie jakiegokolwiek cierpie­nia dla dzieci i przez to je rozmiękczamy. Po drugie, dogadzamy im we wszystkim i nie umiemy niczego od­mówić. Kiedy taka rozpieszczona jednostka spotka się z życiem, które nie głaszcze, natychmiast się niecierp­liwi. Błądzimy też przez własną niecierpliwość, która jak zaraza udziela się dzieciom i całemu otoczeniu. Nie nadużywajmy słabych sił dziecka i nie narażajmy ich rozmyślnie na cierpienia, ale nie odtrącajmy tych, które życie niesie. Nieraz rodzice osłaniają przed dzieckiem własne krzyże i troski, a jednak dla wyrobienia dzieci i dla zjednania łaski przez ich modlitwy, dobrze jest uchylić rąbka bolesnej rzeczywistości. Jeśli mają kiedyś współcierpieć z Chrystusem, muszą się najpierw nau­czyć współcierpieć z najbliższymi.

I jeszcze jedna rada.

Nigdy nie roztrząsajmy z dziećmi, dlaczego ktoś zrobił komuś przykrość, nie oburzajmy się na sprawcę i nie rozbudzajmy pragnienia odwetu. Ludzie i wypad­ki są narzędziem jednej Świętej Ręki prowadzącej nas przez krzyż do chwały. Takie dysertacje osłabiają wolę i gaszą płomienny zapał do ofiar. Tak samo źle działa opowiadanie o swoich cierpieniach.

 

Pracując nad umiejętnym znoszeniem cierpień czy­nimy nasze serce bardziej wrażliwym wobec bliźnich i im więcej będzie w nas cierpliwości, tym więcej będzie też słodyczy w obcowaniu z ludźmi.

Cierpliwość zdobywa się przez akty tej cnoty, ale i przez modlitwę: musimy ściągnąć z nieba łaski po­trzebne nam w praktykowaniu cierpliwości. A z mod­litw najskuteczniejsze jest uczestnictwo we Mszy Świę­tej. Ponawianie dramatu Kalwarii ma w sobie moc na­dania nam męstwa i cierpliwości, a trudności związane z udziałem we Mszy są miłą Bogu, zasługującą ofiarą i próbą cierpliwości.

Cierpliwość, jak każda cnota, ma i stronę nega­tywną, a tą jest zwalczanie niecierpliwości, do czego życie niesie tysiączne okazje. Tu wielką rolę odgrywają drobiazgi, małe trudności, niepowodzenia, dolegliwo­ści. Kto je lekceważy dlatego, że są małe, nie potrafi znieść większych cierpień. Zwłaszcza życie wspólne, z rozmaitością temperamentów, upodobań i zachcia­nek, jest szkołą cierpliwości. Jeżeli te przezwyciężenia ożywimy miłością nadprzyrodzoną, w niedługim czasie zdobędziemy tę cnotę, choćby w pierwszym jej stopniu.

Całe piękno i wartość cierpienia leży w łączności z krzyżem Zbawiciela, w czym ideałem jest Maryja. Zaprowadźmy do Jej szkoły wychowanków i sami tam spieszmy! Prośmy Ją o łaskę i cierpliwość, słuchajmy Jej rad, rozważajmy często Jej boleści, a potrafimy wy­trwać z Nią pod krzyżem.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.