Miłość podstawą wszystkiego

Jeżeli zastanawiamy się nad życiem, widzimy, że najłatwiej do jego celu ostatecznego doprowadzi nas miłość. Ona jest sprężyną wszystkich poczynań, ona słońcem, które ozłaca krzyże, ona niebo robi z ziemi, niebo ściąga na ziemię, wydobywa z duszy najbardziej ukryte skarby, zdobywa najdziksze serca. Jak słońce, to rozszczepia się ona w pryzmacie życia na tysiączne blaski, to zespala dwa serca węzłem przyjaźni, to gro­madzi setki pod sztandarem wspólnej idei. Raz nachyla się nad cierpiącym, innym razem ogarnia sieroty i bez­domnych. Łączy dwa życia na wspólną dolę w Sakra­mencie Małżeństwa, wydziera przyrodzie jej tajemnice, by ułatwiać życie innym.

Wielka jest w swoim majestacie.

Miłość społeczna sięga przedwiecza. Zrodziła się na łonie Boga w Trójcy Jedynego i jest odblaskiem tej wielkiej wzajemnej miłości trzech Osób Boskich w Prze­najświętszej Trójcy. Wcieloną widzimy tę miłość w ży­ciu Zbawiciela, który nam ją testamentem przekazał: abyście się społecznie miłowali…jak Ja was umiłowałem. A On, ten niedościgły Wzór, ukochał każdego z nas osobno, bo każdy z nas osobno poczęty jest w miłości, w Jego odwiecznej myśli, każdy z nas ma odrębne po­wołanie, co innego każdego z nas uszczęśliwia, nad każ­dym jest inna myśl Boża, inną drogą każdy z nas dąży do celu. A jednocześnie wszyscy razem tworzymy wspa­niałą harmonię, co nas uczy, że jesteśmy powołani do wzajemnej miłości.

Nauczyć kochać bliźniego jak siebie samego – to prawdziwe uspołecznienie, istota wychowania społecz­nego. Kochać, znaczy życzliwie odnosić się do każde­go; chcieć dobra bliźnich jak swego; mieć takie usposo­bienie, by w każdej sytuacji wybierać to, co dla bliźnich jest z większą korzyścią, by sprawy innych, by dobro wspólne uważać za swoje i jak o swoje o nie dbać.

Skala tej miłości jest bardzo szeroka i stopniowo się przed dzieckiem rozrasta. Kochać mamy rodzinę, wychowawców, dobroczyńców, współtowarzyszy pra­cy, biednych i potrzebujących, kochać mamy ojczyznę i Kościół Święty. Kochać mamy nie tylko tych, którzy są nam mili, ale i nieprzyjaciół – wedle zalecenia Tego, który na krzyżu im przebaczył. To już jest szczyt mi­łości i cnoty, ale podłoże jego zdobywa dziecko jeszcze w wieku szkolnym, gdy musi przebaczyć, nie gniewać się, nie mścić i chcieć dobra dla tych, którzy zrobili mu przykrość. Pamiętajmy, że i małe dzieci obowiązuje już zalecenie Chrystusa Pana o pojednaniu się z bliźnim przed udaniem się na modlitwę.

 

Człowiek przychodzi na świat z instynktami spo­łecznymi i na tym opieramy się w wychowaniu. Już niemowlę szuka towarzystwa i okazuje sympatię matce czy opiekunce. Zasięg jego sympatii wzrasta w miarę rozwoju, a wielkim sprzymierzeńcem staje się tu mowa, która pozwala lepiej wyrażać uczucia. Obok sympatii występuje i antypatia wobec osób, które dziecko draż­nią lub krzywdzą. Współżyjąc z ludźmi oraz bawiąc się zwraca ono uwagę na zachowanie się ludzi w różnych sytuacjach i to wpływa na urobienie pojęć: dobry, zły, sprawiedliwy, niesłuszny. Ponadto obcowanie z ludźmi daje sposobność do porównania własnego postępowa­nia z postępowaniem innych: dziecko przestaje ujmować swoją osobę ze stanowiska wyłącznie własnych po­trzeb, co jest ważnym krokiem na drodze do uspołecz­nienia.

Naturalnym środowiskiem, w którym mogą się rozwinąć uczucia społeczne, jest grupa osób związanych wspólnym celem, przede wszystkim rodzina. Wtedy wytwarza się w sposób naturalny poczucie solidarno­ści, odpowiedzialności i ofiarność. Jeżeli jednak w rodzinie jest rozdźwięk, jeżeli jest brutalne podeptanie miłości, to dziecko, szarpane sprzecznymi uczuciami, stanie się typowym egoistą. Skoro więc rodzice dali dziecku życie, to w imię jego dobra muszą umarzać wszelkie zatargi. Języka tego nie zrozumie kobieta, dla której najwyższym dobrem jest użycie zmysłowe, ale prawdziwa chrześcijanka to pojmie i będzie broniła domowej harmonii.

Drugim czynnikiem wychowania społecznego jest nieubóstwianie dziecka. Nie może ono czuć, że jest osią, wokół której obraca się cały dom; musi się natomiast uważać za jedno z kółek wielkiej machiny społecznej. Trudno o to nastawienie w domach o jednym dziecku.

Dlatego jedynacy to zazwyczaj egoiści i ludzie ubodzy duchowo. Egoizm jest nam wszystkim wrodzony; im prędzej zacznie się ścierać we współżyciu z innymi, tym prędzej osłabną jego ostrza. Tymczasem dziecko bar­dziej niż dorosły dobija się o swoje prawa i nie spotyka sprzeciwu. Błądzą więc rodzice, którzy schlebiają egoi­stycznym zachciankom swoich dzieci, bo wychowują tyranów dla siebie i dla najbliższego otoczenia, dla społeczeństwa zaś osoby kompletnie nieużyte. Nauczmy więc dzieci wcześnie ustępować, karćmy objawy zaz­drości, zawiści, zachłanności, wskazujmy bohaterstwo opanowania się i darowania uraz, piękno wyrzeczenia się i ofiary.

Obowiązuje nas zasada: Czyńcie dobrze tym, któ­rzy was nienawidzą (Mt 5,44). Dlaczego jednak w życiu jest inaczej? Przyczyna leży w zupełnym zatraceniu ry­cerskości wobec słabych i przeciwników, w lekceważe­niu wartości ofiary, w przecenianiu dóbr materialnych. Dlatego wychowanie społeczne trzeba zacząć od opa­nowania najniższych instynktów i skłonności, od wy­robienia odpowiednich nawyków w obejściu towarzys­kim, od wdrażania młodzieży do poznania i poszano­wania cudzych praw, uczuć i potrzeb. A wszystko to na tle codziennego życia. Sprzeczki, nieporozumienia, radości i smutki, choroby innych – to okazje do pogłę­bienia uczuć społecznych, jeżeli tylko matka potrafi wyprowadzić z tego dobro, sama płonąc miłością bliź­niego, a więc i miłością Boga.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.