Chrystus wzorem wychowawcy

W każdej pracy szukamy wzorów i przykładów; także i w wychowaniu wzorujemy się na różnych oso­bach, mniej lub bardziej zbliżonych do ideałów. Ale bezwzględnie doskonały wychowawca jest tylko jeden:

Jezus Chrystus. Wychowawca pomaga Panu Bogu, musi więc znać metody Boże, a któż lepiej znał zamiary Ojca, jak nie Syn Boży? Kto doskonalej kochał dusze, jak nie Ten, który oddał za nie życie?

Ta miłość nie wykluczała u Chrystusa troski o dob­ra materialne, owszem dbał On o najmniejsze potrzeby, leczył chorych, karmił głodnych, ratował z topieli. Zawsze była to jednak miłość dusz, miłość ich wiecz­nego przeznaczenia. I matka musi kochać powołanie dziecka, tę myśl Bożą, która żyje w każdej duszy i od każdej czego innego wymaga. Tego zamysłu Boga nie wolno naginać do swojej fantazji i pragnień; trzeba iść jego śladami i rozwijać go w świetle łaski.

Ta miłość była całkowita, konsekwentna. Chrys­tus nie lękał się mówić prawdy, choćby wiele Go kosz­towała, nie obawiał się strofowań i nagan, stawiał jasno wymagania i nie cofał się nigdy. Ale równocześnie była to miłość wyrozumiała, cierpliwa. Nigdy nie żądał zbyt wiele, stosował się do sił człowieka, do wełny jagnięcia. Cierpliwie czekał na poprawę; gniewał się za świadome winy, ale rozumiał naturalną słabość.

Miłość Chrystusa była rozumna, świadoma celu, obejmowała szerokie horyzonty świata, ojczyznę ziem­ską i przyszły Kościół powszechny, grzeszników i cnot­liwych, żyjących i zmarłych. Obejmowała wszystkich ludzi wszelkich pokoleń i czasów jako dzieci jednego Ojca, bratała nas z aniołami i rzucała w serce Trójcy Najświętszej. I była ta miłość Zbawiciela tak bardzo ludzka: nie lekceważyła drobiazgów życia, tęsknot i ra­dości serca, śpieszyła tam, gdzie trzeba było otrzeć łzy, powstrzymać od rozpaczy, uwolnić od zawstydzenia, podtrzymać słabe siły, rozjaśnić ciemności, zachęcić, pobudzić, pochwalić, nagrodzić – jednym słowem zro­bić wszystko, żeby podtrzymać i ułatwić wzrost cnoty.

Miłość powinna być bezinteresowna i to także wi­dzimy u Zbawiciela. Nie oglądał się On na wdzięczność ludzką, nie szukał własnej chwały, tylko chwały Ojca, nie liczył się z tym, co dawał. Ta bezinteresowność naj­bardziej porywa nasze serca i jest godna naśladowania. Bezinteresowność miłości posunął Jezus aż do najwyż­szej Ofiary. Za życia dawał trud, na krzyżu oddał życie, na ołtarzu daje Swoje Ciało i Krew, Swoje zasługi.

Tylko miłość, która się zapala u Najświętszego Serca Jezusa, przetrwa trudy i cierpienia życia małżeń­skiego, opanuje pokusy i będzie towarzyszyła dzieciom aż do grobu. Ofiarą w miłości pokona matka wszystkie przeszkody, choćby przez całe życie miała czekać na jej owoce w życiu najbardziej wyrodnego dziecka. Uczmy się tej miłości od Dobrego Pasterza, który ranił stopy w pogoni za zbłąkaną owcą, który zasiadał do stołu z grzesznikami, a Swoją cierpliwością skruszył serce łotra. Chrystus uczył nas tej miłości całym Swoim ży­ciem, Męką i Zmartwychwstaniem. Jego pierwszą tros­ką w dniu triumfu jest uspokojenie uczniów i przekaza­nie im szerzenia pokoju przez władzę nad duszami.

Aby ten pokój nie odstępował wychowawcy, musi on bodaj na chwilę w ciągu dnia oderwać się od zajęć i zwrócić do Boga w modlitwie. Modlitwa jest bez po­równania ważniejszym obowiązkiem niż troska o za­spokojenie potrzeb materialnych. Często więc zwracaj­my oczy na Chrystusa Zmartwychwstałego, prośmy Go o zdolność naśladowania Jego cnót, a w sercu niech nam brzmią słowa introitu Mszy wielkanocnej: Powsta­łem i jestem przy Tobie, położyłeś na mnie Twą rękę.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.