Z PERSPEKTYWY LAT

Pierwsza kobieta, przy której porodzie byłam obecna, po­chodziła z dzielnicy ?czerwonych latarń” w Amsterdamie. Była jedną z pięciu pacjentek zbiorowej, ośmio łóżkowej sali porodo­wej starego szpitala powiatowego. Poród wszedł już w zaawan­sowaną fazę. Chrapliwy głos kobiety górował nad jękami pozo­stałych kobiet. Nagle wyzywające: ?Nigdy więcej, to nie dla mnie!” ustąpiło miejsca przerażonemu: ?Wychodzi mi z tyłka!”

?Proszę przeć” ? powiedziała położna, która demonstrowała nam, uczennicom, jak należy opiekować się rodzącą, podczas gdy położnik i jego świta, lekarze i studenci medycyny, rozbawieni ignorancją położnicy, rzucali sobie drwiące uśmieszki. Teraz, gdy zbliżało się rozwiązanie, podeszli bliżej. Włosy kobiety ociekały potem, a jej przerażone oczy zdawały się pytać: ?Czemu nikt mi nic nie powiedział?”

Wtedy, w roku 1956, kursy przygotowujące do porodu były nowością i środowisko lekarskie nie bardzo wiedziało, co z nimi począć. Jako uczennice szkoły położnych musiałyśmy zapoznać się z istotą metod Reade’a i Lamaze’a. Obu tym metodom bra­kowało intelektualnej subtelności, a także zwykłej rzetelności: oferowane przez nie techniki były użyteczne, lecz na ogół nie spełniały obietnicy bezbolesnego porodu. Przepaść pomiędzy ćwiczeniami wykonywanymi w trakcie kursu, a rzeczywistym ich zastosowaniem na sali porodowej, wywoływała u wielu kobiet lęk i poczucie winy, że nie sprostały zadaniu, ilekroć poród był trudniejszy niż oczekiwano. Mimo to rozmaite kursy wyrastały jak grzyby po deszczu, wszędzie zaś tam, gdzie je organizowano, tłumnie zgłaszały się ciężarne kobiety.

W roku 1965, pięć lat po przyjeździe do Kalifornii, przesta­łam pracować jako położna, by zdobyć wykształcenie humani­styczne. Oszołomiło mnie bogactwo możliwości. Myślałam o studiowaniu antropologii, lecz jednocześnie, jak większość kobiet zbliżających się do trzydziestki, rozpaczliwie pragnęłam dziecka.

Będąc w ciąży chciałam, by ktoś mną kierował. Pomimo do­stępności dwóch kursów, które nie ustępowały poziomem wy­kładom uniwersyteckim, obejmujących zagadnienia ciąży, porodu i połogu, właśnie wtedy odkryłam istnienie dotkliwej luki. Przy­gotowanie do porodu w dalszym ciągu odbywało się w rozmai­tych rupieciarniach. Nauka ograniczała się niemal wyłącznie do ćwiczeń oddechowych, przy czym nadal powtarzano subiektyw­ne opinie i fałszywe informacje, które od samego początku sta­nowiły istną plagę kursów. Nie chciałam, byśmy wraz z mężem tracili czas na metody, które nie dawały nam nic oprócz zdener­wowania, w końcu więc zdecydowałam, że nie zapiszę się na żaden kurs. Byłam przekonana, że nauka położnictwa dała mi wy­starczającą wiedzę o porodzie, a poza tym słyszałam, że w Ame­ryce można bez żadnych trudności otrzymać w trakcie porodu środek znieczulający.

Nie wiedziałam jednak, że w roku 1965 pobyt w szpitalu oznaczał nie tylko pomyślne przebycie samego procesu porodu. Taśma produkcyjna Henry’ego Forda wpłynęła również na tryb postępowania na oddziałach położniczych. Mechanizacja porodu czyniła triumfalne postępy i mało której kobiecie udało się unik­nąć rozdzielenia ze swoim partnerem, znieczulenia, które ? choć uśmierzało ból ? przyćmiewało świadomość, zastrzyku, który odbierał wszelkie czucie w dolnej części ciała, nacięcia kro­cza, które rozszerzało pochwę, kleszczy, które wydobywały no­worodka, a w końcu ? samotnego połogu.

Niemowlęta trzymano osobno. Ojciec mógł podziwiać swego noworodka przez szybę żywiąc co najwyżej nadzieję, że jakaś li­tościwa pielęgniarka przysunie bliżej właściwe łóżeczko. Co czte­ry godziny na dwadzieścia minut pozwalano matkom brać dzieci na ręce. Rodzice i dziecko często w ogóle nie mogli się spotkać jako rodzina aż do chwili, gdy pielęgniarka zatrzasnęła drzwi sa­mochodu wiozącego ich do domu.

Mój mąż drżał, gdy wreszcie po raz pierwszy wziął na ręce córkę. Patrząc, jak układa ją w łóżeczku, uprzytomniłam sobie ze smutkiem, ile cudownych chwil przepadło w całej tej szpitalnej machinie. A przecież sam poród był lekki, obie czułyśmy się do­skonale. Jakże mogłabym narzekać? Obawiałam się, że lekarz odpowie mi suchym: ?Czego pani oczekiwała?” Miałam to, czego pragnęłam, lecz czułam, że wymknęło mi się coś nieuchwytnego. Nie umiałam wyrazić tego słowami, ani też przestać o tym myś­leć, zwłaszcza w pierwszych tygodniach bliskiego kontaktu z dzieckiem, gdy tuliłam je i przyglądałam mu się trzymając je przy piersi.

Bardzo wiele znanych mi kobiet opisywało ze szczególnym wzruszeniem myśli, które nawiedzały je w trakcie karmienia. Wpatrująca się w swoje niemowlę matka, której piersi wzbierają mlekiem, coraz silniej odczuwa tożsamość z innymi kobietami, więź powstałą z indywidualnego przeżycia, lecz przerastającą je. Myślałam często o innych kobietach ? z zamierzchłej przeszłoś­ci, z innych części świata, z czasów poprzedzających pojawienie się szpitali, lekarzy i sztywnych instrukcji. W jakich warunkach rodziły, skąd wiedziały, jak mają się zachować?

Moja matka urodziła dziesięcioro dzieci. Urodziła je na rzecz­nej barce, która stanowiła nasze źródło utrzymania. Ludzie żyją­cy na barkach byli krzepcy i praktyczni, niekiedy niepiśmienni, i trzymali się razem. Wizyta u lekarza z powodu ciąży byłaby uważana za absurdalny pomysł. Gdy moja matka czuła, że zbliża się jej pora, barka zatrzymywała się w jednym z mijanych miast, a my posyłaliśmy po miejscową położną, która zjawiała się na barce, by zlustrować nasze domostwo i udzielić ostatnich wska­zówek. Rozpoczynało się oczekiwanie. Gdy trwało zbyt długo,

ojciec zaczynał się niecierpliwić. ?Łódź musi płynąć dalej” ? zrzędził. Tymczasem barka w dalszym ciągu tkwiła uwiązana przy nabrzeżu.

Gdy wreszcie poród wchodził w zaawansowaną fazę, ojciec znów przyprowadzał położną. Przypominam ich sobie co naj­mniej trzy, w tym jedną, która mówiła wyłącznie po niemiecku. Matka nie rozumiała ani słowa, znajdowałyśmy się jednak w gór­nym biegu Renu, w małym miasteczku o nazwie Boppard, nie miała więc wyboru. Ojciec pokazywał nam noworodka i mniej więcej godzinę później akuszerka odchodziła. Któraś z ciotek lub kuzynek, już wcześniej zabrana na pokład, pomagała w gospo­darstwie, łódź zaś po kilkudniowym postoju wracała na szlak.

Czy bóle porodowe zaskoczyły moją matkę tak jak tamtą kobietę, przy porodzie której asystowałam?

?Nie” ? powiedziała. ? ?Wiedziałam, czego się spodziewać. Byłam przy mojej siostrze, gdy rodziła. Ona z kolei uczyła się od kuzynki”.

Moja matka nie rozumiała, właściwie nie aprobowała, narasta­jącego we mnie pragnienia opracowania specjalnego programu nauki o porodzie. Uważała sposób w jaki ona sama zdobyła tę wiedzę za praktyczny i dostępny dla każdego. Lecz sprzyjało jej szczęście ? rodziła krócej i łatwiej niż siostra, której towarzy­szyła. Cóż by się stało, gdyby zobaczywszy najpierw lekki poród, sama cierpiała przez dwa dni? Zawahałam się przed zadaniem jej tego pytania. O swoim doświadczeniu mówiła z wielką dumą, a rodzenie i wychowywanie dzieci było treścią jej życia. Dlatego też po urodzeniu córeczki przekonałam się, że nie potrafię po­rozmawiać z matką o tym dotkliwym uczuciu niespełnienia, któ­re towarzyszyło moim własnym przeżyciom.

Gdy zobaczyłam, że wydobyty ze mnie noworodek jest dziew­czynką, gdy dotarł do mnie głęboki kontrast między naturalną doskonałością maleńkiej istoty i sterylną bezdusznością sali po­rodowej, jeszcze leżąc na stole z rękami i nogami przywiązanymi do podpórek, złożyłam swą pierwszą przysięgę matki. Odtąd nie było dla mnie zadania ważniejszego niż dopomożenie tej kru­szynce, by odnalazła swoją drogę w życiu. Wiedziałam, że jeśli nie chcę, by żyła zamknięta w więzieniu kobiecości, muszę sama Stołek porodowy z XVI wieku.    rozerwać niewidzialny kokon, który ? jak tego wielokrotnie do­

świadczyłam ? nadal mnie krępował; kokon zależności i niewol­niczej służalczości, częściowo wysnuty przez moją matkę.

Dla niej zaś byłam zagadką. Każdy mój krok w kierunku większej wolności i niezależności, który przynosił mi wyzwole­nie, przerażał ją. Nigdy nie zdołałam jej powiedzieć, że w pew­nym sensie bodźcem dla mnie był trud jej życia przytłaczający również mnie. Z determinacją walczyłam o to, by nie stać się kobietą, której życie upływa na praniu, prasowaniu, gotowaniu, sprzątaniu oraz obsługiwaniu własnych dzieci.

Gdy skończyłam szkołę podstawową (z internatem dla dzieci z barek), powróciłam na łódź, lecz głód wiedzy i chęć nawiązania kontaktu ze światem sprawiły, że interesowałam się wszelkimi

szkołami w każdym mieście, w którym nasza barka przystawała by załadować lub wyładować towar. Umożliwienie mi ? kobiecie ? zdobycia prawdziwego wykształcenia przekraczało wyobraź­nię moich rodziców oraz, w stopniu nie mniejszym, ich możli­wości finansowe. Dlatego też mając lat szesnaście zaczęłam żyć samodzielnie.

Czternaście lat później, gdy sama stałam się matką, dystans wywołany upływem czasu i różnicami doświadczeń i przemyśleń sprawił, że z trudnością odnajdywałam z matką wspólny język. Niewidzialna nić, którą snujemy w procesie dorastania, zrywa się tak łatwo. Nie mogłam też przyznać się matce (która nie dopuszczała myśli, by jakaś droga życia mogła być lepsza od jej własnej), że dokonując innego wyboru sama także coś utra­ciłam.

Choć nigdy otwarcie nie przeciwstawiłam matce własnych poglądów, to jednak pracując jako instruktorka prowadziłam z nią w myśli nieustający dialog. Wiedza o porodzie zdobyta przez obserwację drugiej kobiety, jak miało to miejsce w wypad­ku mojej matki, bywa użyteczna, a nawet piękna, lecz nie jest wystarczająca. Poród to proces zmienny, którego przebiegu nie daje się przewidzieć. Uważałam, że niezależnie od zalet takiego podejścia, większości kobiet przydałoby się więcej informacji o ciąży i porodzie, zarówno o ich pięknych, jak i trudnych mo­mentach.

W życiu kobiety żadne przeżycie ? uniesienie, strach, powa­ga ? nie może się równać z doznaniami macierzyństwa. W tym ważnym okresie kobieta potrzebuje pełnej informacji nie tylko o porodzie, lecz także o ciąży, połogu i opiece nad niemowlę­ciem. Powinna mieć możliwość dokonania przemyślanego wybo­ru miejsca, w którym mają nastąpić narodziny, oraz personelu, który się nią zaopiekuje. Postanowiłam stworzyć program speł­niający te wymagania. Ponieważ potrzebne mi informacje nie by­ły osiągalne na wyższych uczelniach, ponownie zostałam położ­ną. Z rozmysłem wybrałam szpital, w którym mogłam obserwo­wać rodzące kobiety oraz metody działania amerykańskiego po­łożnictwa. Ukończyłam także kurs organizowany przez ASPO (The American Society for Psycho-Prophylaxis in Obstetrics ? Amerykańskie Towarzystwo Psychoprofilaktyki Położniczej), organizację stworzoną przez Majorie Karmel i Elizabeth Bing w celu podniesienia poziomu wiedzy instruktorów-położników, poznałam historię medycyny i praktyk położniczych, fizjologię procesu prokreacji i ewolucję świadomości kobiet. Uczestniczy­łam też w licznych seminariach i warsztatach poświęconych po­łożnictwu i opiece nad ciężarnymi kobietami, a także gimnastyce, jodze, masażom i innym zagadnieniom z zakresu higieny. Gdy z kolei sama zaczęłam prowadzić kursy dla rodziców, również od nich uczyłam się nowych rzeczy o narodzinach i rodziciel­stwie.

Dzięki intensywnej lekturze oraz stałym kontaktom z pielęg­niarkami środowiskowymi i kobietami, którymi opiekowały się

 

po porodzie, a także z moimi uczennicami, udało mi się ostatecz­nie sformułować sześć najważniejszych tez mojego programu:

1)    Kobieta, która uprawia ćwiczenia w okresie ciąży, lepiej się czuje i lepiej wygląda w czasie, gdy nosi swoje dziecko, szyb­ciej też po porodzie odzyskuje ładną figurę.

2)    Kobieta jest od początku szczegółowo poinformowana o przebiegu porodu, a zwłaszcza o tym, w jaki sposób ma rea­gować na towarzyszący mu ból. Dzięki temu staje się bardziej wytrzymała.

3)    Wszystkie zabiegi medyczne powinny być prowadzone wraz z pacjentką, nie zaś na niej. Leczenie ma znacznie większe szanse powodzenia wtedy, gdy pacjentka jest informowana i py­tana o zdanie niż wtedy, gdy traktuje się ją jak przedmiot. Zro­zumienie medycznych aspektów porodu i własny aktywny w nim udział, przyczyniają się do sukcesu.

Wzajemne stosunki pomiędzy lekarzami i pacjentkami ro­dzą takie same problemy jak wszelkie stosunki między ludźmi, nie wyłączając zjawisk takich jak dominacja, wyzysk, ignorowa­nie punktu widzenia drugiej strony. Dlatego też konieczny jest dialog. Poziom

1)    opieki medycznej tylko na tym zyskuje, a kon­takt położnika z przyszłą matką staje się łatwiejszy w miarę zy­skiwania przez nią wiedzy na temat porodu.

2)     Przygotowania prowadzone w okresie ciąży uwzględniają rolę, jaką w trakcie porodu odgrywa ojciec. Nie jest on już intru­zem ani też ledwie tolerowanym widzem, lecz kompetentnym uczestnikiem narodzin swego dziecka.

3)     O rodzicielstwie mówi się, że jest intuicyjne, lecz wy­kształcenie pomaga intuicji. Wiedza, nie tylko zresztą o tym, jak zachowywać się w czasie porodu, lecz także o tym, jak ? dzięki właściwym nawykom higienicznym ? dostosować się do wymo­gów ciąży, porodu, połogu i opieki nad noworodkiem, daje mło­dym rodzicom znacznie lepszy start.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.